Coraz potężniejszych trzeba mikroskopów by dostrzec człowieczeństwo
- bo już nie chromosomy, ale dopiero ich kariotyp.

 

Zobacz też   recenzje.

Ares 1944

„Przytuliły się do siebie. Splotły dłonie." ...

A gdy z pękniętego brzucha wypłynęło niemowlę, żołnierz położył je na czymś żelaznym i, jeszcze żywe, przekłuwał drutami.

Inne kobiety miały butelki wbite w łono.

A Strażnicy Rewolucji (w Iranie), przed zabiciem gwałcą. Bo ich religia nie pozwala by kobieta umierała dziewicą.

A Jugosławia?!

Sowieci!

Komunardzi...

- Czy Powstańcy też tak robili?!

- I dlaczego ten niemiecki żołnierz, który je - sanitariuszki! - zastrzelił,  wyszedł z czołgu by je dobić?

Na podstawie „Nie umieraj do jutra"
Wacława Gluth-Nowowiejskiego.
Itd.



    Jeden z lekarzy-zbrodniarzy, wspominał swą służbę, a raczej swą pracę naukową, w Konzentrationslager Auschwitz-Birkenau. - Dzięki protekcji najwyższych władz SS wybronił się z prostackiego obowiązku selekcji ofiar na rampie. On, Profesor. - Wg niego tylko dr Mengele był do rzeczy - można było z nim po ludzku porozmawiać (i dostarczał interesującego materiału doświadczalnego - np. żywe bliźniaki, a czasem, gdy Bóg poszczęścił, nawet trojaczki). - Profesor ów podpisywał przepustki do krematorium (a może do Komory Gazowej) podległym sobie lekarzom, którym akurat zabrakło ludzkiego mięsa. - Dosłownie!
    Tak opowiadał o swej trudnej pracy, Profesor-Lekarz. O swej trudnej służbie ludzkości. A z jego rozumnych oczu wyzierał humanitaryzm najczystszej próby. Autentycznie wzniosły. Dobrotliwy. Czuły. - Za takich Profesorów studenci są gotowi skoczyć w ogień. A pacjenci im bezgranicznie ufają.
    Prześladuje mnie to jego czyste spojrzenie.

(Film w TVP1,  3-11-1997r).



A w maju 2000  Planete wyświetliła film o byłym więźniu Konzentrationslager Auschwitz-Birkenau, głoszącym prawdę o okrucieństwach którymi prześladowano tam innych. Bo on miał jadła pod dostatkiem. A aby uczynić przyjemność obozowej prostytutce z którą regularnie spółkował i, jak twierdzi, którą kochał, zdobywał sportową popularność na obozowym ringu. - Nie za darmo - przyznał. Bo nie tylko przez 4,5 roku był tam strażakiem, ale także np. (by chamów nauczyć?) zaprowadzał porządek w kolejce do kibli. Kijem zaprzyjaźnionego kapo. - A teraz głosi chwałę zmarłych, jako ich nawiedzony kompetentny rzecznik (głośno i uczciwie jak Kazimierz Świtoń, obrońca krzyży bezczeszczących pamięć zamordowanych tam innowierców).

Później, także w TV, było o „krwawym Franku”, polskim kapo w Oświęcimiu. Wywiad z nim i z innymi więźniami. - Franek był sadystycznym mordercą. Na pewno małym i zastraszonym jak jego ofiary, zbrodniami zwiększający prawdopodobieństwo przeżycia. Po latach, łatwym wzruszaniem się, potwierdzający swe człowieczeństwo.
 

Jedwabne

„Człowiek, to brzmi dumnie.”

Dopiero gdy zobaczyłem pędzonych do stodoły Żydów, zawyłem.

- Nie płakać! Nie płakać! Mówią żydowskie twarze.

Boże. Jeśli istniejesz, to jesteś największym skurwysynem.
 

 PIANISTA

film Romana Polańskiego. Dwa Oscary itd. - za uczciwość

    W tym smutnym filmie są prawdziwe daty. Fakty i nazwiska. Uczciwa prawda, zamiast fajerwerków. Bo umiar wystarczył do opisu grozy. I odpowiedzialność. - Podobnie jak w „Pasażerce” Munka.
    To nie był gest, że nie zabił. To było człowieczeństwo. Bo ten Niemiec uratował życie, i potem, póki mógł, je utrzymywał. Narażając honor (Niemca!) i swoje życie. - Ten niespłacony dług też woła o pomstę do nieba.
    Cieszę się że i z tego powodu załkałem  Bo na ogół wystarcza by sprawiedliwość karała zło. Mniej dbamy o to, by wynagradzać dobro. Które, wg teoretyków, ma być bezinteresowne. - Dlatego aż tak go mało.
    Szkoda, że nie uratowano tego Niemca. Wyjątkowego.
    Polańskiego też uratowali dobrzy ludzie. W tej samej niewiarygodnej historii. - Ten film przechowa jej bestialską prawdę. Nie pozwoli jej zaprzeczyć.
    Mądry film, bardzo potrzebny. - W porównaniu z nim, wiele filmów budzi obrzydzenie.
    Ale szkoda że Szpilmann tego Niemca nie uratował. - To smuci mnie najbardziej.
    Ale mówi się trudno - nie można zmienić zakończenia historii prawdziwej. - Wojna zniszczyła niejednego dobrego człowieka. Także Niemca.

    Możesz pogodzić się ze śmiercią tego szlachetnego człowieka tylko wtedy, gdy uznasz ją za karę za zbrodnie popełnione przez jego rodaków. Gdy uznasz że wszyscy Niemcy powinni umrzeć taką śmiercią jaką zgotowali innym. W obozach śmierci. A wtedy znaczyło to już, że w łagrach sowieckich.
    To, że Szpilmann spotkał szlachetnego Niemca, to prawdziwy cud.
    A spotkali się, i zaufali, skargą z fortepianu. Człowieka przed śmiercią.
    - Cieszę się, że płaczę.

    Dobrzy i źli są nie tylko Polacy i Żydzi, ale także Niemcy. Do jednakowych zdolni jesteśmy zbrodni.
    - Ale Niemcom nie wybaczę - Nigdy!!!
    Zmuszam się by milczeć.
    Bo Niemcy to naród kulturalny.

    Także Oskar za pierwszoplanową rolę męską. Wg mnie, za znalezienie sposobu na wyrażenie uczuć przekraczających ludzką ekspresję. - Mnie z tego powodu zachciewało się śmiać podczas wycieczki po Oświęcimskim Obozie. Mimo że przedtem musiałem wyjść z filmu o nim. By nie zemdleć. Bo to przerosło moje wyobrażenia i moją wytrzymałość. I bardzo zbladłem.
    Inna sprawa że w tym obozowym kinie było duszno i upalnie. - Ale tylko ja nie wytrzymałem. Mimo że byłem wtedy w sile wieku.

    Ten film musi przerażać Niemców. Także Niemców. Do końca świata (czyli już niedługo).

Ten film jest także hołdem złożonym jednemu Niemcowi - kapitanowi HOSENFELDOWI, który poniósł męczeńską śmierć nie za swoje winy. Podobnie jak Żydzi, Polacy, Rosjanie, …

Ale Roman Polański to jeszcze kilka innych arcydzieł. Np. „Matnia”, „Lokator” a także „Co”, o którym niesłusznie milczą encyklopedie.

P.S. - We wrześniu 2005 w TVP KULTURA był dokument o kapitanie Wilm Hasenfeldzie. Potwierdził on, że był to wyjątkowy człowiek - już w 1939 roku niejednego Żyda i Polaka uratował, a później cały szpital Powstańczy w Warszawie (ochronił go przed zagładą gotowaną mu przez SS). Przyjaźnił się z wieloma Polakami i z ich rodzinami - był naszym przyjacielem a nie okupantem.
 

„Pasażerka”

Andrzej Munk

Jeszcze bardziej stonowany niż „Pianista”. A tak samo piętnujący. (Razem z Jakubowskiej „Ostatnim etapem” tworzą oświęcimską trylogię, nie pozwalającą zapomnieć - także Niemcom). - Żaden fakt nie został przerysowany. Nawet artystycznie. - Największe nasze aktorki w sekundowych epizodach, milcząco, ruchem, gestem, tworzą niezauważalną prawdę sztuki i życia. Grawerują podświadomość. - Nawet nieruchome zdjęcia.

Genialne. (- Po tym filmie też mów szeptem).


Pamiętam że zaraz po wojnie nasza nienawiść była naturalna i powszechna. Pamiętam ekshumowane groby. Setki trupów świeżych i w rozkładzie. I pamiętam Nur fűr Deutsche i Niemców. - Nawet inowrocławskie Solanki (Park Zdrojowy) były tylko dla nich.

Dlatego nie mogę wybaczyć. - Do takiej pychy i do takiego bestialstwa zdolne jest tylko ludzkie bydło.

Filmy pokazujące bestialstwo Niemców, powinny powstawać nieustannie. Bo to bestialstwo, w naszej kulturze, wyjątkowe.

Chociaż, gdy pomyśleć że my też mieliśmy UB i PZPR ...


Boże. Jak ja bym chciał byś Ty był. I byś był mądry i dobry.
 

Wrodzona nieskromność

Człowiek słusznie nie wyraża zgody na bezsens swego istnienia. Kończącego się absolutnym niebytem. Człowiek słusznie uczynił się wybrańcem bogów i wymyślił swe wieczne życie. Jedyną racjonalną motywację rozumnego życia osobniczego (nie gatunku). Z Natury trudnego. Pełnego poniżających zmagań i lęków. - Dopiero to wieczne życie nadaje sens naszemu istnieniu. Już nie epizodycznemu. - Dopiero wtedy przestaje ono być beznadziejne. Głupie.

Czy Świat może być aż tak bezmyślny, by istnieć nie wiadomo po co? Dla nikogo. Bez nas. - Przez nikogo nie spostrzegany?
 

Pitekantropus

Na kościach Pitekantropusa znajduje się wiele zagojonych złamań. - Stąd  wniosek: Pitekantropusy były stworzeniami społecznymi - bo opiekowały się  chorymi. - Żyły wspólnie i wspólnie polowały. Także na dużego zwierza - stąd  tyle złamań kości.

- Genialne!
 

Nobel

Dzisiaj też płakałem. Podczas wręczania Nagrody Nobla. Wzruszony zwycięstwem Wisławy Szymborskiej. A potem cudowną muzyką, rozpoczynającą uroczystość. - Kiedyś Nobel i mnie uczyniłby przyjemność.

Wisława Szymborska w swoim noblowskim wykładzie uświadomiła nam odświeżającą wielkość pytań. I przyznania się: - „Nie wiem”.  - Ale ja pamiętam że tych słów, i pytań, nie wypowiadałem w sposób racjonalny - one były we mnie ogromnym, ledwie opanowywanym, ciśnieniem. Życiodajnym żarem. Siłodajną gorączką. Tytanów.


Teraz prawie
zawsze, gdy jestem w Katowicach, idę pod dom w którym urodziła się Maria Goeppert-Mayer. Staję przed nim i ze łzami, krótko, bo ukradkiem, patrzę na poświęconą jej tablicę (bez daty śmierci, mimo że encyklopedia informuje że zmarła ona, Maria, w 1972 roku). - Żydówka Maria musiała opuścić rasistowskie Niemcy.

Encyklopedia mówi tylko: - "Goeppert-Mayer Maria (1906-72), fizyk amer.; prof. uniw. w Chicago, w La Jolla, czł. National Academy of Sciences; współtwórczyni powłokowego modelu jądra atomowego; Nagroda Nobla 1963 (wspólnie z J.H.Jensenem)."

Zaś Krzysztof Szymborski, w książce „OBLICZA NAUKI” (str.137), podaje że Maria przez znaczną część swego aktywnego naukowo życia nie miała płatnej posady uniwersyteckiej (wg autora jest to przykład dyskryminacji płci, a nie rasy). Została profesorem dopiero po opublikowaniu pracy prezentującej ów model powłokowy jądra atomowego - to za nią otrzymała Nagrodę.

A „Fogra 98” podaje: Goeppert-Mayer Maria (1906-1972), wybitny amerykański fizyk pochodzenia niemieckiego. Zajmowała się teoretyczną fizyką jądrową, opracowała tzw. model powłokowy jądra atomowego. W 1963 przyznano jej (wraz z E. Wignerem i J.A.D. Jensenem) Nagrodę Nobla za wkład w teorię budowy jądra atomowego i cząstek elementarnych b.

- Czy to mało?


Ja też pragnąłem i dążyłem fanatycznie. Jak chory. - Zgoda - jak umysłowo.


Zresztą Noblista z fizjologii i medycyny powiedział, że szaleństwo jest warunkiem koniecznym, aczkolwiek nie wystarczającym, do tego by być naukowcem.

A jedna słuchaczka mówiła w radiu (Program II) że dzięki Nagrodzie przyznanej Szymborskiej, możemy podnieść głowę. W tych złych czasach spodlonych nędzą komercji. - Ta słuchaczka mówiąc to, ze wzruszenia też płakała.

I cieszę się z tego, że też nie byłem skromny. W zamiarach.
 

Jonia

Jonia nie leży nad Morzem Jońskim ale nad Egejskim - jest zachodnim krańcem Azji Mniejszej. A Milet był jej miastem najważniejszym - jako dogodna baza dla kupców i przybrzeżnych wówczas żeglarzy i jako kolebka nauki. - Tam urodził się Tales (624-547) i jego uczniowie - Anaksymander (610-546) i Anaksymenes (585-525), czyli tam powstała Jończyków Szkoła Milezyjska filozofii Przyrody, łącząca w system starożytną wiedzę Egiptu, Fenicjan, Mezopotami i Babilonu, tworząc naukę nowożytną. - Także w Jonii, nieco wyżej, na północ, było miasto Efez - tam powstała kolejna szkoła, Heraklita (ok. 540-480).
      Później był jeszcze Pitagoras, który długo przebywał na dużej, pobliskiej Efezowi i Miletowi, jońskiej wyspie Samos. W okresie jej ekonomicznej i politycznej potęgi, za czasów tyranii Polikratesa. Z którego powodu, w 531r  przeniósł się do Krotonu, w południowej Italii, czyli w Wielkiej Grecji.
      Tam powstawała Kultura Zachodnia, której podwaliny kładł także Sokrates. Zanim go zabito.


Jonia, Ionia, nazwa nadana przez starożytnych Greków części zachodniego wybrzeża Azji Mniejszej. Kraina zasiedlona została przez Jonów ok. 700 p.n.e. Miasta jońskie: Chios, Fokaja, Erythrai, Kolofon, Kladzomenaj, Teos, Lebedos, Efez, Priene, Myus, Samos i Milet utworzyły związek religijny Dodekapolis (z greckiego 12 miast).  /Fogra 98/

Jonowie
, w starożytności plemię greckie zamieszkujące tereny Attyki, Eubeji oraz wysp M. Egejskiego i wybrzeży Azji Mniejszej (Jonia). W okresie od VIII do VI w. rozwinęli wysoką kulturę, która wywarła wpływ na grecką literaturę i sztukę.            /Fogra 98/ 
 

 „Myśl sam, komputer ci pomoże.”

Jest powiernikiem bezradnego. Komputer osobisty. Ma cierpliwość niewolnika i zręczność maszyny. Pomaga i obiecuje. Przechowuje tajemnice, których nie masz komu zdradzić. - Kochany komputer. Pozwala nie myśleć.
   Jednak zamiast czemuś ci służyć, odciąga cię od wszystkiego.

   A gdy kochasz tylko komputer, nikt nie zamieszka w twym domu.


    Komputer to jeszcze nie wygodne narzędzie, ale skomplikowana maszyna, przydatna nie w domu, ale co najmniej w warsztacie. To jeszcze ani lepszy długopis ani wygodniejsze liczydło.
    Bo np. maszyna do pisania... - Wyciągasz ją z kąta i piszesz. Zwłaszcza jednym palcem. - A komputerem nadal musisz edytować. Za każdym razem poważnie obciążając także swoją pamięć. Za każdym razem jakimś innym "niekompatybilnym" kawałkiem praktyki i teorii. Obsługą i programem.
    Mnie komputer za bardzo absorbuje. Jak ciągle psująca się maszyna.

    Komputer to jeszcze idiota i dlatego aż tyle musisz za niego umieć.
    Ale już tylko on jest moim towarzyszem i powiernikiem. Bo mimo wszystko on najmniej mnie denerwuje.

    - Ale to nieprawda że komputer - czy inne liczydło (np. ty) - tylko przetwarza informację. Że 2+3  to to samo co 5. - Bo w pierwszym wypadku wiesz np. że masz 2 krzesła i 3 stoły, a w drugim że 5 (jakichś) mebli. Czyli wiesz mniej. - Albo że Ala ma 2 jabłka a Ola 3, a to znaczy więcej niż to że obie mają 5.
 

W sieci

    Z komputera, a na pewno z podłączonego do sieci, informacja płynie sraczką. Nawet gdy przez głowę, to i tak wprost do szamba. Bo takiej ilości nie strawisz.
    I dlatego nawet gdy wygram, w domu moim nie będzie telewizji satelitarnej ani komputerowej sieci. Bo nie chcę smrodu w głowie. - Informacja powinna być trawiona.
    Nie będzie żadnej telewizji ani komercyjnego radia, z głupawo podnieconymi prelegentami, z życiorysami gitarzystów. - Tylko program drugi, z muzyką poważną.
    I dlatego w domu moim już nigdy nikt nie zamieszka.
 

Renciści

    Odwiedziłem Ośrodek opieki społecznej i czegoś jeszcze. Ale okazało się że nie można wykupić w nim obiadów - by je jeść, trzeba tam przebywać. Co najmniej „dziennie”. By tańczyć gdy zagrają. - Staruszce z którą tam rozmawiałem, to odpowiada - dyscyplina i rozrywka. A młoda pracownica spiorunowała mnie wzrokiem, gdy przypadkiem powiedziałem coś nie tak. I wściekła odeszła, bo nie padłem na kolana.
    Ośrodek ten jest bliziutko i podobno już od dwóch lat, ale nic o nim nie wiedziałem. Bo brak o nim jakiejkolwiek informacji. I może przez to pensjonariuszy jest tylko połowa, czyli miejsce i środki nie są wykorzystywane (staruszka powiedziała że kiedyś ksiądz wspomniał na mszy - ale to świecki Ośrodek).
    W tym Ośrodku, jak mówiła staruszka, „dziennie” może przebywać każdy rencista (emeryt). Ale gdy się zapisze (w innym, dość odległym gmachu).
    Mnie to nie odpowiada.
    Zresztą odniosłem wrażenie że staruszka też mnie nie polubiła.

P.S. - Po powrocie, w TV widziałem podobny Ośrodek. Chyba w Warszawie. - Tam też przede wszystkim tańczyli. Chyba też zdyscyplinowana rozrywka.

   
- Boże! Co za zgnilizna! Żenada i strata czasu. 
 

11 lipca 2003 - zbrodnie Ukraińskie

  

     Najokrutniejsze zbrodnie popełniają ludzie bezradni. Bezsilni. Bezkarnie poniżani. Pozbawieni praw i wykształcenia - bo uważa się że tym lepsi niewolnicy, im podobniejsi do bydła. Do wykastrowanego. 

    Także w „Dolinie Issy” wzruszamy się idylliczną prostotą dobrodusznych mężczyzn w koszulach, odróżniających ich od nas, określających ich status podludzi. - Chcieliśmy bydło, i mieliśmy bydło. Które swój prymitywny, podludzki żal, wyzwoliło nadludzką nienawiścią. Mordując wszystkich w bestialski, wg naszych delikatnych nosów, sposób. Także swoich.
    Bo oto kuzynce Waszej Mamy, Ukraince, publicznie, na rynku, obcięli piersi, a Waszego pradziadka, Ukrainca, rzucili na furmankę, a na niego bronę, i zadeptali jazdą po wertepach, z tańcami. - Gdy Wasza babka, Ukrainka Olga, odwiedziła tam swoją rodzinę, bała się wychodzić z gościnnego domu, bo wszędzie widziała sprawców, Banderowców*, bo Ukrainiec N.S. Chruszczow właśnie wypuścił ich z łagrów, z okazji jakiejś komunistycznej amnestii.

    Tak podludzie walczą. Gdy zrezygnują ze sprawiedliwości. Która ich ciemięży. I pozbawiła ludzkich uczuć. Kultury.

    - Ludzkie uczucia... Kultura... - Slogany.

    Ukraińców Polacy uczynili osobliwością Kresów. W ich własnym kraju. Nawet teraz tak ich wspominają - jak Anglicy, z rozrzewnieniem, swoje imperialne kolonie. Perły Wschodu.

________________________________
*  Banderowcy, od:  Bandera Stepan (1908-1959), polityk, przywódca ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego. Odpowiedzialny za wiele zbrodni, w końcu zamordowany w Monachium przez agenta KGB.

„ZWIERZENIA LEKARZA”

Wiktor Wieriesajew, wyd.1957

„Jakiż to prastary, nikczemny, a jednak przez wszystkich uznawany sposób: nakazywać milczenie w obawie, by prawda nie zachwiała autorytetu”.  (str.8)

„Nic nie jest bardziej szkodliwe i nic nie pociąga za sobą tylu rozczarowań, co wyolbrzymiona wiara w cokolwiek”.   
(str.9)
 

Jestem zrozpaczony

    W ciągu roku co najmniej dwa razy podle mnie oszukano. Najpierw Wietnamczyk: - Tak na bazarze rozciągał spodnie, że ich pomiar pokazał że nie są na mnie za ciasne. - I robił to jawnie. Przy mnie.
    Potem Krawczyk. Inżynier-szczeniak niekompetentny. - Wentylatorek na procesorze zainstalował pod napięciem. Też jawnie. Przy mnie. I uszkodził kilka zespołów. - Za wymianę karty I/O i SIMM zapłaciłem kupę forsy. Bo twierdził że on niczego nie uszkodził. Że w książkach piszą głupoty. A z chamem nie wygrasz.
 

Oszukała mnie dziewczyna

    Ukarała mnie za nieumiejętność ukrywania pychy (bufonady). - Bo np. prawosławny pop, gdy opowiada w TV że w swojej parafii założył chór śpiewów cerkiewnych, czyni to skromnie, w sposób opanowany. A przecież to nieprawda - gdyby był skromny, to by nie opowiadał. - A w „nowym” informacyjnym kanale TVP3, zamiast informować, opowiadają o tym jak, gdzie i kiedy wpadli na ten, nie da się ukryć - genialny, pomysł (uruchomienia kanału uruchomionego kilkadziesiąt lat wcześniej). - A te długie „listy płac” przed i po każdym filmie, czy innym programie - o czym one świadczą?
    Ale ja, w trakcie mego samo uwielbiania, tracę kontrolę. Dech i rozsądek. Wpadam w euforię.

    Tym razem skorzystała z tego komiwojażerka, czyli domokrążczyni (handlara), podająca się za studentkę. Bo z taką żywiołową życzliwością doceniała moją wiedzę, inteligencję i mój dowcip - bo niby dlaczego tak hojnie obdarowywała mnie kolejnymi, coraz to cenniejszymi, podarkami?! - że gdy w końcu zażądała 200 zł za 6 noży kuchennych, dałem je, zawstydzony nawet podejrzeniem mnie o to iż choć przez chwilę przypuściłem że i one są za darmo. - Naiwniak! Kretyn! - Chociaż zdaje mi się, że ona to sugerowała... - Ale takie! noże, takiej! firmy, nie mogą być darmo. - Mówiła że w sklepie kosztują 400 zł.
    Ale następnego dnia sprawdziłem: - W sklepie 6 podobnych noży kosztuje niecałe 20 zł (a na bazarze na pewno jeszcze mniej; w jednej reklamie oferowano je za 3 zł z groszami - ale to nie może być prawdą!).
    - A prezenty?
    Okazało się że SUPER MULTI-MIXER to kilka plastikowych skrzydełek obracanych w plastikowym dzbanku plastikową korbą, elektryczna golarka jest zepsuta, a z reklam wynika że podobna, a do tego nowa i dobra, kosztuje kilkanaście złotych. Tyle samo warta jest elektryczna suszarka do włosów, a „aparat” do masażu to w zasadzie tylko pusty plastikowy pojemnik na dwie okrągłe baterie (przyda się jako słoik na wiertła).
    A ja uwierzyłem że wreszcie zdarzył się cud - ludzkiej dobroci.
    A najgorsze jest to, że żaden z tych przedmiotów nie jest mi potrzebny. Także noże.
    - Teraz naprawdę bardzo się wstydzę. Aż tak, że nawet nie żal mi tych 200 zł, bo uważam że to słuszna kara za głupotę.
    Ale musiałem zażyć uspokajające pastylki. Bo coraz gorzej znoszę zdenerwowanie. A denerwuję się coraz łatwiej. - Uspokaja mnie trochę to, że nie tylko mnie oszukują. Bo np. Tadeusz kupił kiedyś nadzwyczajne garnki które same się grzeją (nadal nie wiem jak to się skończyło).

    A wracając do tej sympatycznej dziewczyny: - Kto wie dlaczego ona kradnie - może nie dla luksusu, ale by przeżyć?
    Jednak nic nie zmienia faktu, że wyjątkową podłością jest okradanie biednego rencisty. A ona wiedziała że ja nim jestem. - Dobrzy ludzie okradają tylko bogaczy.
    Ale może nie warto się przejmować, bo w końcu i tak wszystko wyda się śmieszne, a wkrótce, w ogóle.
    - Ale ja, na co dzień, zastanawiam się czy kupić kapcie za 17 zł, lub sedes za 20. A nawet czy jechać autobusem podmiejskim. I rozpaczam gdy, jak teraz, znów wodę gotowałem kilka godzin, zamiast kilka minut (bo znów zapomniałem) - szkoda gazu i garnka.
    A za te 200 zł kupiłbym np. nowy czytnik CD-ROM do komputera (stary nie czyta płyt RW), albo wstawiłbym szyby, które kilkanaście lat temu wybili mi pijacy. Albo kupił odkurzacz. Albo krzesło.
    Wiele rzeczy potrzebuję.

    I dlatego w domu moim już nigdy nikt nie zamieszka.
 

Jeśli mam żyć, dom mój niech będzie czysty i duży

    Bo jeśli nie, wystarczy szałas albo sam dach niewielki jak parasol, ale nad przestrzenią nieskończoną. Pełną powietrza. W której zwierzęta są spokojne.
    Dom z książkami poukładanymi i odkurzonymi. Tak duży, że aż pusty. Ze służbą.

    Na razie jednak na chodniku kuli się gołąb śmiertelnie obojętny. Aż tak stary i chory. Zmęczony i bezdomny. - Nędzą kończy się moje życie.

    - Ale

    Olszówka Edyta - „Merlin i Elwis”, „Strefa ciszy”. - Po niej gwiazdy bledną. - Ale kocham ją, za dobroć.
   
- Genialna - nowa jakość w sztuce! (aktorskiej). - Zaskoczyła mnie tak, jak kiedyś Maria Schell w „Ostatnim moście”.

    A Walewska. - Pieśń! w reklamie filmu „Quo Vadis”.

    „Jestem, jaka jestem” - śpiewa „ABRACADABRA”.

    - Cudowne dziewczyny.


    Samojłowa Tatiana - Jej oczy! w „Lecą żurawie”. - To dla nich napisałem:

        Wiem, nie tylko w Niobe opisano boleść okrucieństwem wspomnień
        I że wspominać trudno gdy wspomnienia żywe


    - A Niobe, to K.I. Gałczyński:

        „Miła, gdy kartki te pożółkną,
        Gdy wiatr się w głazach uspokoi,.
        Wnuk ujrzy w słońcu chmury brzeżek,
        To będzie światło oczu twoich.”

    - Jeszcze nigdy nie zdążyłem tych słów pomyśleć do końca, by nie ryczeć. Teraz tak samo. - Ale w mej pamięci powyższe brzmi:
        Miła, gdy kartki te pożółkną,
        Wiatr się w głazach uspokoi,
        Wnuk ujrzy w słońcu chmury brzeżek
        To będą gwiazdy oczu Twoich.


    - Chyba lepiej. - Teraz, w kwietniu 2002, aż zdziwiłem się że jest inaczej niż myślałem.

    A posiadam egzemplarz z 1958 roku. Kupiłem go w Łodzi i od tej pory przechowuję go osobno, nie z innymi książkami. Ale i tak jest podniszczony, bo często go czytałem. Zawsze gdy byłem sam, bo zawsze wtedy ryczałem (ryczę także na wspomnienie). - Teraz, od wieków, razem z tym arcydziełem przechowuję „Dzieła wszystkie” Mikołaja Kopernika. Ale ich jeszcze nie przeczytałem.
    Jest tam także książeczka „Nie zabijajcie kobiet” Marii Luizy Cristescu, która, nie wiedzieć czemu, dostarcza mi nie mniejszych wzruszeń niż „Niobe”. - Pamiętam że zaczyna się ona słowami: „Kochałam go, kochałam.” - wypowiedzianymi spokojnym smutkiem, odległym już wspomnieniem. Jak trudna miłość, która już dawno się skończyła. - Ale teraz widzę, że zaczyna się tak: „Kochałam go; kochałam.” - Dlaczego nigdy nie znalazłem innych książek Marii Luizy? - Przecież szukałem!

    - To chyba szczęście, że potrafię płakać. Takie, jak to, że po alkoholizmie, potrafiłem rzygać.

   Są artyści, którzy grą udają wielkie uczucia, ale są i tacy, którzy grą je ukrywają - bo ich uczucia są prawdziwe. Są jednak i tacy artyści, jak np. Ładysz, którzy najprawdziwiej są normalni (naturalni).
   Rodzina Ładyszów - ciepło i uczciwość. - To możliwe tylko wśród najsilniejszych.


    Lubię stary dobry jazz, grany przez ówczesnych wykonawców. Prościutko i naiwnie, z wiarą w szczęście. Że ono już jest.
    Artysta i uczony (na miarę odkrywcy Zasady Świata) usiłuje uporządkować chaos. I obu rozsadza intelektualne nadciśnienie. Ale artysta nadludzkim wysiłkiem usiłuje wyzwalać je opanowanymi porcjami, a naukowiec nie musi być aż tak zdyscyplinowany.

    Chwile, w których pisałem natchniony wiersz, wspominam jako nadludzki wysiłek uspokajania, a chwile w których tworzyłem fizykę, jako szaleństwo mające dostarczyć mi samej radości. Artysta nawet krzyczeć powinien z wielkim umiarem (najlepsi potrafią szeptem).
    Natchnienie artysty, to nadciśnienie przed wybuchem. - Dlatego tak trudno wykonać nim pracę. - Stan ducha odkrywcy, to nieustanna potrzeba. Szaleństwo długotrwałe.

    - Warto głębiej to przemyśleć. - Wydaje mi się, że różnice są mniejsze. Że bardziej podobny do odkrywcy jest poeta tworzący poemat, niż poeta tworzący wiersz. Poza tym efekt wysiłku, tak artysty, jak i uczonego, czyli ich dzieło, musi cechować zwięzłość. Dzieło uczonego, także jasność, jednoznaczność - artysta może przemawiać aluzjami.

    Ale jak wymyślić np. coś takiego:
        „...
        można nie kochać, aby żyć
        ale nie można owocować”.

    Nie ma praw innych od Prawa Natury. Która jest bezmyślna i obojętna. Zdolna tylko do Najmniejszego Działania. A ja jestem jej cząstką mniejszą od mojej najmniej potrzebnej mi biologicznej komórki. Która traci duszę gdy umiera. - A ja nadal żyję.
    Po śmierci wrócę tam skąd przyszedłem. W nicość.
    - Ale czy jest sens w tym, by Świat istniał dla nikogo? Przez nikogo nie spostrzegany?

Wiersze cudze - najpiękniejsze

Święta Barbaro, górników patronko,
zejdź w niewoli podziemie czarne
i  szaty swoją koronką
osłoń tajną drukarnię.

 „Święta Barbara”, Krystyna Przygodzka
(„POLSKA WALCZĄCA” - Jerzy Ślaski).

 

    A kiedyś słyszałem coś o wiosennej zieloności traw. A może obfitości. Albo inaczej.

    Wkrótce po tym, gdy to słyszałem, odwiedziłem K., i Alina sama wspomniała że słyszała. Wtedy, w telewizji. I nie kryła że nią wstrząsnęło ich piękno. Tych kilku słów, zapisanych w jednej linijce.
    To był jakiś wielki anglojęzyczny poeta.
    - Nawet takiego piękna nie sposób zapamiętać.

    A Josif Brodski napisał natchniony wiersz o Matce Boskiej.
    A jeszcze piękniejszy napisał ktoś jako reklamę piwa Okocim.  - "O kocim, o kocim, spojrzeniu.”
 

"Sąd"

Co im przeszkadza
człowieczy garb
że nóg ktoś nie ma... dłoni
w głosach ich brzęczy cyniczny żart
matowy krzyk ironii...
Bezduszni wrzeszczą : winien on ! bo los tak zadrwił z niego
dudni ich sąd jak wielki dzwon nie pojmą próżni tego...
Na wysypisko śmieci z nim
on do nas nie pasuje...!
stoi koślawy jak w cyrku mim
i swojski obraz psuje...
Mężczyzna kochał go z całych sił
a ją kochała ona...
głosem sumienia Mefista był
kobieta... zniekształcona
Co ich obchodzi to kto i jak
z kim
robi i dlaczego...
czym jest dla człeka inności smak
nie pojmą głupcy tego...
Dlaczego dziecko przeszkadza im
co ma ciemniejszą skórę?
dlaczego w nim szukają win za zwykłą weń naturę...
Linczują nagich pośród ciał jakby tworami byli...
każdy z nich
kopa swego dał
nareszcie się wyżyli...
Już od Chrystusa zaczęli sąd
za Jego wielkie czyny...
rzucili ciałem bezwiednym w kąt
skąd słychać płacz matczyny
Kim są ci wielcy, mali, źli
i czy nie widzą tego...
jak manekiny siedzą mdli
bo mają coś innego...
Już nie mam włosów no i co wytkniecie mnie palcami?
dla tych co "inni" zrobiłam to
żeby nie byli sami...
Dla trędowatych, gejów, less
dla ludzi zniekształconych już ich inności nadszedł kres zostawmy odwróconych...

[Autor nieznany]
 

8.12.2003. godz.18-. - O Noblistach 2002 rozmowa w Radio-Bis. - Słuchałem uszczęśliwiony tym co mówili oni o sobie - bo to było o mnie! - O wzruszeniach, o szczęściu. - A najstarszy z nich, 80-letni, mówił o tym, i o swym odkryciu, z największą pasją. Swą młodością - swym entuzjazmem! - przebił wszystkich.
    Tak, takim trzeba się urodzić. A potem jeszcze, jakimś rzadkim przypadkiem, trzeba jeszcze zaiskrzyć. - Innego sposobu nie ma.
    Ja zaiskrzyłem filmem „Thomas Edison”. Gdy miałem 11 lat. - On zainicjował w mózgu te wyjątkowe połączenia.

    - Już tylko mnie się tak zdaje. Inni już cieszą się że ich zawiodłem.
 

Kobiety: - Kasia

DON’T WORRY
BE HAPPY !!!

    Usiadła w środku ławki, w której jednym z końców tylko ja siedziałem. A wiadomo że zawsze zajmujemy miejsca najodleglejsze od nieznajomych. - Co prawda jestem mężczyzną, ale w podeszłym wieku - zachętą więc to być nie mogło. - Chyba że ...
    Siedzieliśmy w milczeniu. Wieloletni wdowiec-samotnik i młoda kobieta. W intymnym półdystansie. - O co jej chodzi?
    - Mam do pana wielką prośbę. - usłyszałem po naprawdę dłuższej chwili.
    - Jeśli chodzi o pieniądze, to nie mam. - odpowiedziałem szczerze zmartwiony.
    - Przepraszam.
    Ponieważ słuch mam nieselektywny i w gwarze z trudem docierają do mnie słowa, przysunąłem się i zasmucony zapytałem ile potrzebuje.
    - Nie. Przepraszam... - wycofywała się poniżona. Bliska babskiego wybuchu.
    - Bo trochę mam. Zostawię tylko na autobus.
    - Naprawdę przepraszam. - błagała.
    Wstyd i rozpacz były prawdziwe. W końcu wyłkała że mąż ją porzucił, zabierając maleńkie dziecko. A ona, zrozpaczona, uciekła z domu. A przed chwilą, jak nigdy w życiu, wypiła dwa piwa i teraz jest jej niedobrze. I chce do mamy. A nie ma na bilet.

    Męczy mnie ta powieściowa relacja z dialogami. O kłamstwach kryjących nieszczęście - bo ludzi cudze nieszczęścia brzydzą. Jak każdy grzech śmiertelny. I wobec upadłych są bezwzględni. -  Uczciwi ludzie nieszczęśników powierzają miłosiernemu Bogu i za sprawiedliwą dla nich uważają każdą karę.
    A Kasia już nieodwracalnie zdąża do obłędu. Dręczona lękami i alkoholowym głodem. Opuszczona przez męża (ale aż cztery lata temu) i coraz bardziej opuszczana przez już bardzo zmęczoną matkę. Opuszczająca swoje dziecko. - Los - bo chyba nie Bóg! - uczynił mnie może jej ostatnią szansą.
    Ale Kasia nie pozwoliła się zbliżyć. Choć na pewno bardzo chciała - choćby z wdzięczności. - A ja nie potrafię bezinteresownie mieszkać z obcą kobietą. W pustym domu.
    Dlatego zwróciłem ją matce. Która przyjmuje ją już niechętnie.
    Matce bardziej niż ja zmęczonej, bo dla mnie przygoda z Kasią trwała tylko cztery dni. Na dłużej nie pozwoliła mi moja urażona męska duma i, co tu ukrywać, także moja nędza.

    Zostawiła mi pożegnalną kartkę. W której napisała że najbardziej zależy jej teraz na tym „aby sensownie poukładać swe sprawy domowe i te drugie” (to ona podkreśliła). - Wierzę że bardzo chce.
    Wiem też że chciałaby oddać mi pieniądze, ale wiem także że to niemożliwe.
    Napisała że na pewno da mi znać o sobie. I że kiedyś na pewno mi się odwdzięczy.
    Biedna Kasia. Która tym razem na pewno nie kłamie. Która z trudem wyrywała z siebie prawdę.
    - Kasiu. Bardzo dziękuję Ci za życzenia „samych sukcesów, tych osobistych zwłaszcza”. - Życzę Ci tego samego. Czyli może już tylko tego, byś jak najwolniej upadała. - I też Cię całuję. Na odległość.
    Szkoda że nie mogę Ci pomóc. Że aż tak jestem biedny.
    I dziękuję Ci za ostatni obiad, który zjadłem już bez Ciebie. I za czyste naczynia.
    Dbaj o siebie i czasem pomyśl o może już ostatnim z naiwnych. Który dzięki przypadkowemu spotkaniu z Tobą, może znów zacznie rozmyślać o ludzkim nieszczęściu. I może ludzi zrozumie.
    Wierzę w to, że kiedyś mnie odwiedzisz. - Uprzedziła mnie o tym zresztą Twoja mama (i dała mi na tę ewentualność brutalną radę).

    Kasia. - Lukę pożerającą mózg wypełnia pocieszającymi kłamstwami. Odrazę do mężczyzn tłumaczy wiernością swojej ostatniej wielkiej miłości. Która była tak niedawno... Bezinteresownie kochającemu i kochanemu mężczyźnie. - Wyimaginowanym wspomnieniom.
    Bo ona już nie potrafi kochać. A może nigdy nie kochała. I stąd jej upadek.
    Obrzydliwie doświadczana przez coraz prymitywniej bezwzględnych samców-opiekunów - już tylko przelotnych - ostatkiem woli ostrzega życzliwie naiwnych przed świństwami które może im uczynić - gdy znów straci godność w kolejnej furii nieopanowanego pragnienia. - Bo jeszcze walczy w niej sponiewierane zwierzę, z resztkami ludzkich wartości. Które tak wysoko cenią ludzie bogobojni.
    Ale bogobojni nigdy nie podali ręki kobiecie upadłej. Zwłaszcza sprzedającej się już za łyk wódki - to nic, że, z nieprzezwyciężoną odrazą.
    Mam córki w jej wieku, ale dla niej nie potrafiłem być tylko ojcem. - Ona burzyła mój spokój. Jej kobiecość zmuszała do działania. Zwłaszcza że zaczęliśmy obiecująco - od piwa i wódki.
    - Bo jeszcze nie wiedziałem że jest alkoholiczką! - Bo kłamała.
    Jednak uszanowałem jej obrzydzenie. Poniżony nim i oszukany.
    - Żegnaj Kasiu. - Ja też nie jestem dobry.
 

Moja modlitwa

    Boże. Jak ja bym chciał byś Ty był. I byś był mądry i dobry.
    Wiem, że gdybyś był, to na pewno nie byłbyś idiotą. Czyli byś nie kazał klepać pacierzy i mnichów całować po rękach.
    I dlatego jestem głęboko niewierzący.

    Ale też bym chciał aby Bóg był. Zwłaszcza jeśli to prawda że Batmana nie ma.


    W kanale „Planete” był wywiad ze staruszkiem Gide. - Fragment z młodą pianistką, pokazuje jego z nią rozmowę. Taką, jaką i ja toleruję. - Gide mówił nieustannie, ona nie rzekła ani słowa - tylko uważnie słuchała.
    Mistrz i uczeń. Hierarchia przestrzegana. Bezwzględnie.

    - Oszaleję z braku słów pogardy! - napisałem kiedyś.
    - Nikt na ciebie nie czeka.  - powiedziała Alina.


_____________________________

 wróć do ars